Halo? Sprzedaż!

ALEKSANDER SIENKIEWICZ

Sienkiewicz

Doskonale pamiętam pierwszy rok sprzedaży, kiedy w firmie powierzono mi zupełnie nowy projekt ? markę licencyjną. Jak tylko poznałem szczegóły dotyczące samej marki i odkryłem jej wielki potencjał biznesowy, natychmiast ruszyłem do sprzedażowego ataku. Nie muszę dodawać, że wraz z nowymi zadaniami otrzymałem możliwość dołączenia do zarządu spółki odpowiedzialnej za sprzedaż licencji. Wizja praktycznie nieograniczonej prowizji od wyników mojej pracy, nowe możliwości i społeczny awans na wspólnika w dobrze rokującym biznesie sprawiły, że całkowicie wyparłem kofeinę z codziennych praktyk biurowych, w obawie
o wewnętrzną eksplozję adrenaliny, motywacji do działania i energii, która wylewała się ze mnie przez każdą wolną szczelinę. Były dni, w których szkoda mi było kłaść się do łóżka na noc? no bo i po co?! Przecież mógłbym w nocy popracować nad tym, jak dotrzeć do kolejnego klienta.

Jednak rynkowa rzeczywistość pierwszego roku pracy w tym zakresie okazała się przygotować dla mnie zgoła inny plan niż ten, który wypracowałem na potrzeby automotywacji z cyklu: ?cud, miód i orzeszki??.

360 dni, z których niemal większość poświęciłem na sprawdzanie kolejnych możliwości, poznawanie następnych klientów i mozolne przedzieranie się przez linię obrony sekretariatów, niezmiennie wskazujących mi drogę do biurowej skrzynki na rynkowe śmieci ofertowe.

Liczba ?nie?, jaką dane mi było zapisać w tej niechlubnej statystyce własnej sprzedaży, spokojnie mogłaby zadecydować o trwałej zmianie zawodu w kierunku jak najbardziej odległym od sprzedaży ? np. pilot wycieczek górskich dla ludzi poszukujących wewnętrznego spokoju i adorujących samotne kontemplacje.

W dwunastej rundzie roku takiej sprzedaży padłem na deski. Poszedłem do szefa i niemal na wigilię Bożego Narodzenia powiedziałem: ?Nie nadaję się! Nie wiem, co jest nie tak. Obdzwoniłem wszystkich, zrobiłem wszystko, co tylko przyszło mi do głowy. Nie potrafię sprzedać tego produktu. Przykro mi? ze spokojem przyjmę informację o odsunięciu mnie od tego tematu?.

Tutaj nadszedł kres moich zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze sprzedażowym ?nie?. Aż do momentu, w którym odezwał się szef, mniej więcej w taki oto sposób: ?Stary, zrobiłeś kawał dobrej roboty. To, że klienci odpowiedzieli przy pierwszym kontakcie ?nie?, wcale nie oznacza, że temat spalony. Czasem nie mają możliwości od razu, czasem potrzebują czasu do przeanalizowania potencjału, a czasem konieczna będzie zmiana tego, w jaki sposób z nimi rozmawiasz. Zwyczajnie zastanów się, co jeszcze możesz zrobić, aby trafić właśnie tego klienta. No ? dość mazania i do roboty!?.

Zaraz potem odezwał się jeden z pierwszych klientów, z którym kontaktowałem się na samym początku. Dwa miesiące później podpisaliśmy z nim umowę i jak się później okazało, było to jedno z najsilniejszych wdrożeń naszej marki”.

fragment publikacji „Halo? Sprzedaż!”

Kliknij, jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...